piątek, 10 października 2014

Jesienna zaduma

W oczekiwaniu na wielką przeprowadzkę wędruję sobie z aparatem. Jesień rozgościła się na Mazurach na dobre. Czas sobie płynie, dni się skracają... A widoki dech w piersiach zapierają. Stara prawda głosi, że polska złota jesień jest wyjątkowa i nie można się chyba z tym nie zgodzić. A mazurska chyba najpiękniejsza. 
To ja zapraszam do galerii, zapraszam na Mazury, bez zbędnych komentarzy, bo obrazy mówią same za siebie. 


  










wtorek, 29 lipca 2014

Rzecz o stodole

Stała sobie kiedyś na dalekich krańcach Mazur stara stodoła. Spróchniała, chyląca się tu i ówdzie ku ziemi, gubiąca belki i dachówki, otrzymała w końcu od burzy z gradobiciem cios ostateczny i postanowiono się jej pozbyć. Na opał. Albo na cokolwiek, byle ktoś przyjechał, rozebrał i zabrał tę szpetotę z podwórka. Za grosze. Tacy ludzie są, - stodoła zrobiła swoje, stodoła może odejść.


Wstępne oględziny wykazały, że konstrukcja szpetoty jest całkiem zdrowa, deski porządne, przynajmniej w sporej części, dachówkom nic nie dolega poza starością... Trzeba brać i przenosić - to co dla jednych śmieciem, dla innych okazać się może skarbem. Należy się delikatnie i umiejętnie zabrać do rzeczy. Pomińmy teraz niezmiernie żmudny i okrutny czas rozbiórki, przewozu i rozładunku. Należy jedynie krótko nadmienić, może ku przestrodze, że wystarczy dobra, myśląca ekipa i rzecz taka jest absolutnie wykonalna. Z naciskiem na myśląca! W innym przypadku może się bowiem na miejscu okazać...



...że deski, belki, elementy więźby dachowej zostały pocięte na kawałki. A dlaczego pocięte? A po pierwsze, bo tak szybciej, a po drugie przecież wygodniej zapakować takie króciaki. Bo się zapomniało zadbać o odpowiednio duży samochód do transportu... i tak dalej, i tak dalej. Przemilczmy resztę i skupmy się od tej pory na pozytywach.
W takiej sytuacji zmienia się od razu punkt widzenia i człowiek z prawdziwą wdzięcznością przyjmuje na przykład fakt, że dachówki jednak przyjechały w całości. Hurra! Dobrze, że nie trzeba ich było tłuc do transportu. Co za ulga...



Kolejnym plusem całej przygody i niewątpliwym bonusem są stare sanie, które przywędrowały razem z całą resztą majdanu. Jeśli uda się je wyremontować, będą pięknie zdobić obejście.

  


Ale co dalej? Okazuje się bowiem, że Fachowiec, który wcześniej podjął się dzieła i dokonał tak ochoczej rzezi na konstrukcji stodoły, załamał ręce i uznał, że się nie da. I w ogóle co to za pomysł był i czyj, przecież on tego nie poskłada... bo i z czego. I trzeba się obrazić, o.
Aha... no to w najgorszym razie mamy kupę opału i masę dachówek, zawsze to coś. Trochę może drogo wyszło, ale trzeba mieć fantazję, dziadku... Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba znaleźć czarodzieja! Jakie to proste. Kilku kolejnych polecanych czarodziejów nie miało jednak aż takiej mocy tajemnej, żeby dokonać wskrzeszenia kupy drewna i wyczarować z niej na powrót budynek gospodarczy. Zabytkowy, kryty starą dachówką, z pięknych szerokich starych desek, sam urok... Tak miało być, a zamiast tego na polu poniewierają się w nieładzie jakieś smutne szczątki...
A jednak czarodzieje istnieją. Straciwszy nadzieję na pozytywne zakończenie sprawy, udałam się na ostatnie spotkanie z oględzinami, i usłyszałam... "będzie pani zadowolona". Ooo! I cóż się okazało. Robota zawrzała.
Stodoła otrzymała nową solidną więźbę dachową, wymieniono kilka kluczowych elementów konstrukcji, stanęła też oczywiście na mocnym fundamencie.


Większość pięknych, starych desek ocalała jednak z pomoru i po lekkim dopasowaniu obito nimi konstrukcję. Stara dachówka świetnie zaprezentowała się na nowym dachu.


Na koniec stodołę pomalowano ku zabezpieczeniu przed wilgocią i szkodnikami, dzięki czemu zyskała ostateczny szlif, a dach zwieńczyły nowe gąsiory. Nie widać ich na zdjęciu, ale mniejsza o to. Są. Tak oto pięknie, choć z perypetiami, wpasowała się stara, niechciana szpetota z powrotem w mazurski krajobraz.


Jeszcze nie raz zostanie bohaterką opowieści, bo ma ogromny potencjał i piękne wnętrze. Na razie służy za dom kilku rodzinom jaskółek, pliszkom, a pod dachówkami gnieżdżą się wróble. Na dachu lubi przysiadać bocian, nasz sąsiad. Niebawem w środku zamieszkają różne inne stworzenia. Duże i małe.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Sianokosy

Pierwsze tegoroczne koszenie za nami. Wczoraj dużo się działo na polu, a wszystko bacznie kontrolował pan na okolicznych łąkach.


Skoszona trawa z koniczyną poleżała sobie parę dni. Najpierw podeschła, potem zmokła, potem znów przeschła i tak w kółko zgodnie z pogodą.


No i do roboty - najpierw poprzegarniać.


Potem moja ulubiona maszyna zwija trawę w takie sprytne bele.


Z mistrzem drugiego planu.


Trzeba je pozwozić w jedno miejsce.


I na końcu pozawijać, ustawić i będzie gotowe.


A tymczasem w warzywniku... pierwsze plony jak malowanie.


sobota, 31 maja 2014

Biały kwiat czarnego bzu - kwiatostany w cieście

Dziś taki śmieszny trochę przepis. Na Mazurach właśnie zaczyna kwitnąć, bardziej na południe pewnie już w pełni rozkwitu. Czarny bez. Tak wyglądał dziś u nas.


Kwiatostany zbiera się z różnym przeznaczeniem. Napar z nich ma właściwości przeciwgorączkowe, napotne, działa wykrztuśnie i moczopędnie. Można je suszyć, przeznaczyć na sok, syrop albo... usmażyć w cieście naleśnikowym. Dziś o tym ostatnim.
Kwiatostany pozbawić twardych szypułek, wytrzepać z owadów. Przygotować klasyczne ciasto naleśnikowe. U nas to ciasto z jaja, wody gazowanej (można zastąpić piwem!), mąki kukurydzianej zmieszanej z gryczaną, szczypty soli, szczypty cukru. Proporcje na oko "do konsystencji". Kwiatostany maczać w cieście, smażyć na dobrze rozgrzanym, relatywnie głębokim oleju. Można podawać na słodko albo na słono. Bardzo dobrze komponują się z gęstym jogurtem - a jeszcze lepiej smakowałyby z jogurtem i miodem albo miodkiem z mniszka, jeśli ma być całkiem sielsko.
Następny zbiór będzie na syrop i do suszenia.


wtorek, 20 maja 2014

Szopa na kółkach...

Taka sprawa... bardzo praktyczna, zawsze wszystko pod ręką. Omnia mea mecum porto. Czy kolejna scena z Criminal case? Siekiera jest, piła jest, szpadel i widły, i młotek też. Nawet łom, nie wiedzieć czemu...


poniedziałek, 12 maja 2014

Miodek z mniszka lekarskiego - przepis

Na przyszły rok będzie jak znalazł. Chyba, że u kogoś jeszcze kwitną, to biegiem na łąkę, bo warto!

Składniki:

500 kwiatów mniszka lekarskiego
2 l wody
2 kg cukru (dałam trochę mniej, myślę, że i 1,5 kg by wystarczyło)
2 cytryny

Kwiaty rozsypać np. na białym papierze i zostawić na godzinę lub dwie, żeby pouciekały żyjątka. Następnie przełożyć do garnka, zalać wodą, dodać obrane, podzielone na cząstki cytryny i gotować około kwadransa. Odstawić do wystudzenia, włożyć do lodówki i zapomnieć na 24 godziny. Następnego dnia przecedzić, pulpę kwiatowo-cytrynową odcisnąć przez ściereczkę, gazę, tetrową pieluchę lub coś w tym stylu (nie zrażać się, że mętnie i podejrzanie to wygląda). Dodać cukier, mieszając do rozpuszczenia i gotować na wolnym ogniu 2-4 godz. do uzyskania konsystencji syropu. Mnie to zajęło trochę ponad dwie godziny w dużym garnku z szerokim dnem. Znakiem, że proces dobiega końca, będzie tworzenie się bulgoczącej piany na wierzchu. Przelać do wyparzonych słoiczków, zakręcić. Można dodatkowo zapasteryzować 15 minut. Gotowe. Pyszne i zdrowe.Wyszło mi 9 słoiczków po 0,2 l. A przepis dostałam od miłej Pani Kowalowej, do której można zajrzeć klikając w link na prawym marginesie. Smacznego.


sobota, 10 maja 2014

Pracowity maj

Nie mogę się nigdy zdecydować, która pora roku jest najpiękniejsza. Jak nastanie, to wydaje mi się, że właśnie ta. Może poza zaawansowaną zimą, kiedy ani w jedną, ani w drugą i czeka się tylko na jakiś przebłysk światła i znak, że podły czas się kończy. Nie czas na rozważania o zimie jednak, czas chwalić maj! Ludowe przysłowie w kalendarzu ściennym nieśmiertelnego Działkowca głosi "w maju jak w raju" i chociaż ciężko wywnioskować z niego głębszą mądrość, to chodzi chyba o wszechobecne piękno, którego w raju też nie brakuje. Mogłoby wszak być trochę mniej pracy w raju niż w maju - zwłaszcza na grządkach mogłoby samo rosnąć a chwast łaskawie nie imałby się upraw. Pszczołom też powinno być lżej w raju, bo strasznie ciężko harują... toć nieboraczek ledwie wlecze ten bagaż z pyłku za sobą.


Idąc za przykładem polnych zwierzątek również ochoczo przystąpiliśmy dziś do zbiorów. Kwiatów mniszka lekarskiego. Bowiem od kiedy pierwszy raz usłyszałam o miodku na kaszel i chrypkę oraz otrzymałam go (za drobną opłatą) od pewnej równie podejrzanej co podejrzliwej (względem obcych) pani mieszkającej w środku lasu, co roku obiecuję sobie wykonać własny produkt i co roku konsekwentnie przegapiam właściwy moment na zbiór. Przypomina mi się zwykle, kiedy z zadumą zagapiam się w łąkę pełną dmuchawców, która jeszcze kilka dni temu była tak pięknie żółta przecież. Tym razem zdążyliśmy jednak rzutem na taśmę i towar został zabezpieczony. Produkcja już w toku.


Pomagał piesek. Właściwie krzątał się naokoło nieco zdziwiony wspólnym pełzaniem po łące.


Muszę, po prostu muszę jeszcze dodać zdjęcie jabłoni. Niestety nie naszej. Była jedna, bardzo ładna na miedzy, jednak okazała się dość nieodporna na herbicydy... Ale posadzimy, może jeszcze w tym roku.


Może w tym roku będziemy mieć też takiego gospodarza podwórka. Bardzo stanowczo odprowadza gości do furtki sugerując szybkie wyjście... aczkolwiek bez użycia przemocy. Trzeba będzie go nauczyć większej gościnności.





Może i inne ciekawe rzeczy staną się w tym roku, na razie wszystko w rękach naszych dzielnych budowniczych. Póki co idzie dobrze, nie licząc drobnych (zwycięskich) wojenek na polu bitwy... placu budowy. Tego się trzymajmy i zbierajmy pudła na przeprowadzkę.
Ps. Kalarepka posadzona i bardzo śmieszna marchewka posiana. Zobaczymy, czy urośnie taka śmieszna. Zaraz wjadą na grządki pomidory!

niedziela, 4 maja 2014

Rzodkiewkowo :)

Pionierskie rzodkiewki dumnie prężą pierwsze listki w równych rządkach. Wielka radość ;)
(to nie listki, to liścienie)


A tymczasem w porcie... Kapitan Kot szykuje się do podboju trzcinowych zarośli. Tylko gdzie załoga?


Taka niedziela...

niedziela, 27 kwietnia 2014

Poskromienie złośnicy

Nie wiedziałam, że agrowłóknina jest taka milusia i cieplusia... aż chciałoby się być buraczkiem.


A gdzie złośnica i kto poskramiał?



Przydałby się jakiś podkład muzyczny? Nie ma to tamto, kto pierwszy raz dosiadał glebogryzarki, to wie. Gliniasta ziemia w tym nie pomaga. Ale my jej pomożemy.
W skrócie to było tak. O tu, w tym pierdolniku właśnie założymy ogródek warzywny. Znalezienie odpowiedniego spłachetka 5x5 m na 90 000 m2 ziemi graniczy z niemożliwością, bo NIGDZIE nie jest dość dobrze. Na szczęście znalazło się w końcu pod pierdolnikiem, więc trzeba posprzątać.


Potem przekopać, przeryć się przez darń z pięknie rozrośniętym perzem, rozbić gliniane masy... "Zaraz ci przyleję tym szpadlem!"


Kolejny weekend, kolejne podejście i cud się dzieje papieski, a złośnica poskromiona, rola ujarzmiona. Równo grabimy.

Potem pozostało wytuptać ścieżki, wymierzyć rzędy, zrobić rowki i dołki. Rowki dla rzodkiewki, dołki dla dymki. Razem dwanaście pięknych rządków na grządce zostało należycie otulonych agrowłókniną. Powstał niedosyt, więc jutro po nasiona marchwi i rozsadę, co się tam znajdzie na rynku.


sobota, 26 kwietnia 2014

Tymczasem znowu przyszła wiosna...

...a na pagórku wyrósł dom.


A po sąsiedzku zamieszkały bociany. Pan bocian przechadza się po polu jak po swoim. W sumie może to i jego. Patrzy na mnie koso, kiedy udaję, że wcale nie idę w jego kierunku. Aż w końcu odlatuje do gniazda - ileż można łazić i przeszkadzać bocianowi w kroczeniu po łące.


poniedziałek, 3 marca 2014

Jak to się stało?

Najpierw trzeba znaleźć Miejsce. Takie, które człowieka urzeknie, zaczaruje i nie będzie chciało wypuścić z powrotem. Takie Miejsce emanuje spokojem, ma w sobie ten tajemniczy urok, który sprawia, że chce się do niego ciągle wracać...
Hmm...


Na przykład kawał ugoru zarośniętego zielskiem, bez drogi, bez prądu, wody i możliwości chodzenia po nim, bo pod chaszczami kryją się wredne wertepy.
W połowie pokrytego dziarskim i zwartym młodnikiem olchowym.


NIE WIEM, doprawdy, co ja w tym zobaczyłam, ale coś musiałam. Nie pamiętam.
Potem... długo, długo nic... No bo jak się za to zabrać, przecież tego się nie da ugryźć, przebrnąć, zorganizować. Przez takie paździory przecież nikt i nic nie przelezie. I jeszcze sobie paniusia butki uwalała...



Chyba, żeby... zrobić najpierw tak:


i tak:


A potem trzeba tak:


I podły ugór zamienia się w kwitnącą łąkę,


po której można biegać.


A zza chaszczy wyłania się zupełnie inny widok. Widok na przyszłość.


Tak się to w skrócie robi. Banalnie proste, prawda? ;) Tylko trzeba sobie od razu kupić dobre kalosze.
Mogą być takie.